wtorek, 13 września 2011

środa, 7 września 2011

Bo nie pójdę głosować...!

Trwa kampania wyborcza do Sejmu. Tysiące ludzi partyjnych i bezpartyjnych twierdzi, że nadaje się do stanowienia prawa, którym będzie posługiwało się w codziennym życiu, miliony Polaków. Ciekawe czy ci wszyscy nasi rodacy, pamiętają o tej podstawowej pracy, którą będą mieli do wykonania za pieniądze podatnika. Masa bubli prawnych, ciągłe nowelizacje, czasami dwie ustawy regulujące te same problemy, ale przy konieczności zagłębienia się w szczegóły, często sprawy trzeba kierować do sądów, by ustalić kto ma rację. Tak więc stanowienie prawa zamiast ułatwiać, utrudnia życie. Wniosek stąd prosty: "jak nie potrafisz nie pchaj się na afisz". Najczęściej, niestety, treścią tego przysłowia, nie przejmują się potencjalni kandydaci na polityków. Kasa, splendory, popularność, "parcie na szkło", możliwość "ustawienia się" na dłużej", a nie profesjonalna służba określonej sprawie, to zasadniczy powód kandydowania na posła, senatora, radnego. Oczywiście są wspaniali ludzie oddani swej pracy i chwała im za to. Przecież rzeczywiście Polska się buduje i zmienia na lepsze. O co więc chodzi może ktoś zapytać? Chodzi o debatę. Wydaje się, że nic nowego, a jednak. Wojna o rozmowę między przywódcami partii, czy głównymi szefami ministerstw ciągle trwa. Małe są szanse, aby do poważnych rozmów w ciągu miesiąca doszło. Tymczasem o edukacji, rolnictwie, o prawach dziecka, o prawach obywatelskich, o funkcjonowaniu sądów, o ochronie środowiska, o systemie sportu polskiego, o turystyce, o rekreacji i promocji zdrowia bez operacji i lekarstw, o kulturze można mówić, debatować przed wyborami bez udziału D. Tuska i J. Kaczyńskiego. Ludzie dziś zawodowo związani z wymienionymi i nie określonymi wyżej dziedzinami życia społecznego, ale centralnie, regionalnie i powiatowo odpowiedzialnymi za ich funkcjonowanie, mają szanse i obowiązek zdać sprawę ze swej pracy przed obywatelami. Pracowali przez 4 lata za ich pieniądze. Czemu więc milczą zamiast stanąć przed kamerami i powiedzieć, przekonać, że ponownie powinni kierować swoimi elementami całości. Powinni się cieszyć, ze główni aktorzy zostawiają im miejsce. Tymczasem ONI milczą zadowoleni chyba, że mają swoje miejsca na listach, które zapewniają reelekcję? Ja jeden z milionów wyborców, na pewno nie zagłosuję na tych, którzy mimo indagacji, pytań i argumentów, będąc w Sejmie odpowiedzialnymi za tę sferę życia społecznego, nigdy nie odpowiedzieli jak sobie wyobrażają dalszą swoją pracę, nad bardziej niż dotąd dostępnym systemem szeroko pojętej kultury fizycznej. Ograniczenia nie mogą być niwelowane wyłącznie przez PREMIERA. Gdzie są za duże pieniądze pracujący ludzie z polskich związków sportowych, gdzie zawodowo odpowiedzialni urzędnicy wszystkich szczebli administracji i samorządów , także ci z list wyborczych? Gdzie tysiące nauczycieli w.f., którzy poza obowiązkiem prowadzenia zajęć nic nie robią,   aby ich uczniowie czas wolny przeznaczali na sport powszechny i rekreację fizyczną? Ci nauczyciele mówią: nam za to nie płacą. I to jest właśnie luka w systemie. Powinni temu zaradzić w przyszłości, wybierani dziś kandydaci. Ich wśród wyborców nie ma, nie mogę zapytać co zrobili i co zamierzają uczynić, aby tę przykładową lukę zniwelować. Po co mam więc iść na wybory? Mam być, ja wyborca aktywny, a oni, ci wybierani, bierni, pewni swego, prawie aroganccy bo nie zdający relacji ze swej pracy zawodowej mimo wolnego miejsca w mediach? Dlaczego system kultury fizycznej, w bliskich nam państwach UE, jest bardziej przyjazny i dostępny ludziom? Dlaczego tych systemów się nie naśladuje, a indywidualne inspiracje są olewane. Nie chodzi oczywiście o osobiste satysfakcje, ale o odpowiedź publiczną na pytanie co dalej z systemem bo na efekty przyjdzie czekać nie jedną, a więcej kadencji. Kiedyś więc ktoś musi zacząć, aby następca mógł powiedzieć: właśnie o połowę spadła nam liczba dzieci z krzywymi kręgosłupami. Kandydaci: co WY na to? Bo nie pójdę głosować!!!         Marek Szczepkowski

czwartek, 1 września 2011

Refleksje o systemie.: Czy rozmowa jest możliwa…

Czy rozmowa jest możliwa…

Postanowiłem definitywnie, po 56 latach pracy i działalności na rzecz szeroko rozumianej kultury fizycznej, przejść na emeryturę i po trzech dniach, otrzymałem nową propozycję wykładów. Chyba się „złamię”. Ten czas i ta droga, biegła od mistrza Warszawy drugich klas (tak, tak takie zawody w pływaniu, były kiedyś), przez kadrę narodową w strzelaniu i 5-boju nowoczesnym do opublikowanej pracy habilitacyjnej na temat wpływu kultury fizycznej na kształtowanie postaw zdrowotnych mężczyzn w wieku 19-24 lat. Wychowania fizycznego uczyłem żołnierzy, a później studentów wyższej szkoły oficerskiej. Kierowałem sekcją pływania i piłki wodnej : 2 razy drużynowy mistrz Polski. Ta klasyfikacja wymagała dużej liczby zawodników, we wszystkich stylach i grupach wiekowych. Uczyliśmy pływać, na koszt klubu ( WKS Śląsk Wrocław ), każdego roku około 500 dzieci z piątych i niższych klas. We Wrocławiu było 5 sekcji pływania plus filia mojego klubu w Lądku Zdroju. Byłem wiceprezesem OZP ds. sportowych. Później zastępcą sekretarza generalnego- szefem szkolenia jedenastosekcyjnego Wojskowego Klubu Sportowego Śląsk Wrocław. Równolegle zajmowałem się przygotowaniem pracy magisterskiej i doktorskiej z zakresu organizacji i zarządzania klubami sportowymi. Publikowałem sporą liczbę artykułów. Piszę to, aby usprawiedliwić, choć częściowo swoje internetowe wypowiedzi na temat systemu sportu polskiego. Zainteresowania moje poszerzały się, w miarę nowych obowiązków i stanowisk, zawsze jednak związanych z kulturą fizyczną. Tutaj pragnę podziękować Panu Sławomirowi Krasuckiemu, który jest jedynym, aktywnym odbiorcą moich refleksji, nie będąc nigdy świadom tych kilku wierszy mego, zawodowego życiorysu. A piszę do Pana Tomaszewskiego, Wontora czy Pani Jakubiak. A to przecież ONI odpowiadali w ostatnich latach za kształt polskiego prawa w sporcie, a raczej w kulturze fizycznej. Dziękuję Panie Sławku , tym bardziej serdecznie, że nigdy się nie poznaliśmy. Ale przyczyną tej notatki jest konstatacja, że WKS Śląsk, także dziś, ma sekcję strzelecką , piłki ręcznej, piłki nożnej, lekkoatletyczną, zapasów… pozostał więc nadal klubem wielosekcyjnym, a o wynikach tych sekcji jest dość głośno. Ubolewałem w Internecie, na swoich blogach, nad „strasznym” losem 17- krotnego Mistrza Polski w koszykówce. Tym bardziej łzy moje były obfite, kiedy stwierdziłem, że bezpośrednim opiekunem tej sekcji był Pan Marszałek Schetyna. Ze starej ujeżdżalni na Mieszczańskiej, budowaliśmy halę dla koszykówki i podnoszenia ciężarów. Pięć grup szkoleniowych plus współpraca ze szkołami, to było zaplecze Mistrza Polski. W klubie podlegało mi 50 trenerów i około 1100 zawodników. Z tej tradycji pozostało, jak się okazuje sporo. Oczywiście dziś jest inaczej, i ja nad tym nie ubolewam, ale nigdy nie będzie 20 medali olimpijskich jeśli powszechność w sporcie będzie iluzją. Nie interesują mnie ustroje. Pragnę, tak jak kiedyś dla siebie, radości ze sportowych zwycięstw i porażek dla milionów polskich dzieci. Bez precyzyjnego, ciągle aktualizowanego, modelu organizacji i zarządzania każdą dyscypliną, a nawet konkurencją ( jak w la ) sportu polskiego, nie będzie możliwości, jak to piszecie: „rozwoju wolności obywatelskiej jaką jest sport”. Nie pomoże teoretyczny „duży obszar autonomiczności organizacji k. f.” jeśli nie będzie wiadomo w samorządzie, na jaką merytoryczną i finansową pomoc mogą te samorządy liczyć od polskiego, konkretnego związku sportowego. Znajdą się starostowie bogatych powiatów, którzy zaryzykują wydanie jakichś pieniędzy na ulubiona dyscyplinę sportu. Wiadomo, że przeważnie na , marną w ostateczności, piłkę nożną, ale czy będzie to wynikało z opracowanych przez PZPN, zamiarów ogólnopolskiego planu rozwoju tej dyscypliny? Autonomiczność, wolność TAK, ale nie woluntarystyczny bałagan. Niemcy w okresie 40 lat, powołali 27000 klubów. Ale oni, mimo, że tak bogaci, nie wyrzucają pieniędzy gdzie popadnie, tylko rozsądnie nimi zawiadują. W efekcie mają i powszechność, i poziom, i medale, i wolność, i autonomiczność. Także w wojsku 760 etatów i połowę medali całej reprezentacji. Jakoś kapitalizm, demokracja od 65 lat w tym im nie przeszkodziła. 10 miesięcy od podpisania ustawy to nie czas, aż samo się coś zrobi w samorządach, to była szansa, aby polskie związki wyszły z fachowymi propozycjami do amatorów w sferze rozwoju sportu, wybranych do rad poszczególnych szczebli. W polskich związkach to ludzie za duże pieniądze, a w radach, to właśnie amatorzy, którzy mają prawo czekać na konkretną propozycję od fachowców. System sportu polskiego to nie tylko wolność i autonomiczność, ale przede wszystkim obowiązek opracowania jego zasad rozwoju. Jeszcze raz przypomnę święte (i mądre) słowa Tadeusza Kotarbińskiego: „ Przez organizację rozumiemy taką całość, której czynniki współprzyczyniają się do powodzenia całości.”

Z poważaniem Marek Szczepkowski

Refleksje o systemie.: Czy rozmowa jest możliwa…: Czy rozmowa jest możliwa… Postanowiłem definitywnie, po 56 latach pracy i działalności na rzecz szeroko rozumianej kultury fizycznej, prz...

Czy rozmowa jest możliwa…


Czy rozmowa jest możliwa…
Postanowiłem definitywnie, po 56 latach pracy i działalności na rzecz szeroko rozumianej kultury fizycznej, przejść na emeryturę i po trzech dniach, otrzymałem nową propozycję wykładów. Chyba się „złamię”. Ten czas i ta droga, biegła od mistrza Warszawy drugich klas (tak, tak takie zawody  w pływaniu, były kiedyś), przez kadrę narodową w strzelaniu i 5-boju nowoczesnym do opublikowanej pracy habilitacyjnej na temat wpływu kultury fizycznej na kształtowanie postaw zdrowotnych mężczyzn w wieku 19-24 lat. Wychowania  fizycznego uczyłem żołnierzy, a później studentów wyższej szkoły oficerskiej. Kierowałem sekcją pływania i piłki wodnej :  2 razy drużynowy mistrz Polski. Ta klasyfikacja wymagała dużej liczby zawodników, we wszystkich stylach i grupach wiekowych. Uczyliśmy pływać, na koszt klubu ( WKS Śląsk Wrocław ), każdego roku około 500 dzieci         z piątych i niższych klas. We Wrocławiu było 5 sekcji pływania plus filia mojego klubu w Lądku Zdroju. Byłem wiceprezesem OZP ds. sportowych. Później zastępcą sekretarza generalnego- szefem szkolenia jedenastosekcyjnego Wojskowego Klubu Sportowego Śląsk Wrocław. Równolegle zajmowałem się przygotowaniem pracy magisterskiej i doktorskiej z zakresu organizacji i zarządzania klubami sportowymi. Publikowałem sporą liczbę artykułów. Piszę to, aby usprawiedliwić, choć częściowo  swoje internetowe wypowiedzi na temat systemu sportu polskiego. Zainteresowania moje poszerzały się, w miarę nowych obowiązków i stanowisk, zawsze jednak związanych z kulturą fizyczną. Tutaj pragnę podziękować Panu Sławomirowi Krasuckiemu, który jest jedynym, aktywnym odbiorcą moich refleksji, nie będąc nigdy świadom tych kilku wierszy mego, zawodowego życiorysu. A piszę do Pana Tomaszewskiego, Wontora czy Pani Jakubiak. A to przecież ONI odpowiadali w ostatnich latach za kształt polskiego prawa w sporcie, a raczej w kulturze fizycznej. Dziękuję Panie Sławku , tym bardziej serdecznie, że nigdy się nie poznaliśmy.  Ale przyczyną tej notatki jest konstatacja, że WKS Śląsk, także dziś, ma sekcję strzelecką , piłki ręcznej, piłki nożnej, lekkoatletyczną, zapasów…  pozostał  więc nadal  klubem wielosekcyjnym, a o wynikach tych sekcji jest dość głośno. Ubolewałem w Internecie, na swoich blogach, nad „strasznym” losem 17- krotnego Mistrza Polski w koszykówce. Tym bardziej łzy moje były obfite, kiedy stwierdziłem, że bezpośrednim opiekunem tej sekcji był Pan Marszałek Schetyna. Ze starej ujeżdżalni na Mieszczańskiej, budowaliśmy halę dla koszykówki i podnoszenia ciężarów. Pięć grup szkoleniowych plus współpraca ze szkołami, to było zaplecze Mistrza Polski.        W klubie podlegało mi 50 trenerów i około  1100 zawodników. Z tej tradycji pozostało, jak się okazuje sporo. Oczywiście dziś jest inaczej, i ja nad tym  nie ubolewam,  ale nigdy nie będzie 20 medali olimpijskich jeśli powszechność w sporcie będzie iluzją. Nie interesują mnie ustroje. Pragnę, tak jak kiedyś dla siebie, radości ze sportowych zwycięstw i porażek dla milionów polskich dzieci. Bez precyzyjnego, ciągle aktualizowanego, modelu organizacji i zarządzania każdą dyscypliną, a nawet konkurencją ( jak w la ) sportu polskiego, nie będzie możliwości, jak to piszecie:  „rozwoju wolności obywatelskiej jaką jest sport”. Nie pomoże teoretyczny „duży obszar autonomiczności organizacji      k. f.” jeśli nie będzie wiadomo w samorządzie, na jaką merytoryczną i finansową pomoc mogą te samorządy liczyć od polskiego, konkretnego związku sportowego. Znajdą się starostowie bogatych powiatów, którzy zaryzykują wydanie jakichś pieniędzy na ulubiona dyscyplinę sportu. Wiadomo, że przeważnie na , marną w ostateczności, piłkę nożną, ale czy będzie to wynikało z opracowanych przez PZPN, zamiarów ogólnopolskiego planu rozwoju tej dyscypliny? Autonomiczność, wolność TAK, ale nie woluntarystyczny bałagan. Niemcy w okresie 40 lat, powołali 27000 klubów. Ale oni, mimo, że tak bogaci, nie wyrzucają pieniędzy gdzie popadnie, tylko rozsądnie nimi  zawiadują. W efekcie mają i powszechność, i poziom, i medale, i wolność, i autonomiczność. Także  w wojsku 760 etatów i połowę medali całej reprezentacji. Jakoś kapitalizm, demokracja od 65 lat w tym im nie przeszkodziła.           10 miesięcy od podpisania ustawy to nie czas, aż samo się coś zrobi w samorządach, to była szansa, aby polskie związki wyszły z fachowymi propozycjami do amatorów w sferze rozwoju sportu, wybranych do rad poszczególnych szczebli. W polskich związkach to ludzie za duże pieniądze, a w radach, to właśnie amatorzy, którzy mają prawo czekać na konkretną propozycję od fachowców. System sportu polskiego to nie tylko wolność i autonomiczność, ale przede wszystkim obowiązek opracowania jego zasad rozwoju. Jeszcze raz przypomnę święte (i mądre) słowa Tadeusza Kotarbińskiego:  „ Przez organizację rozumiemy taką całość, której czynniki współprzyczyniają się do powodzenia całości.”
                                                               Z poważaniem   Marek Szczepkowski